"...Tam, gdzie logika graniczy z obłędem, autentyczność przechodzi w fikcję , gdzieś na pograniczu tych dwóch światów, istnieje Hobb's End. Miasteczko, w którym najgorszy senny koszmar staje się tak realny, że również i Ty w niego uwierzysz. Jak tam trafić? Wszystko jest w książce - otwórz ją i przeczytaj jeśli chcesz wiedzieć. Pamiętaj jednak, że pewna wiedza nie jest przeznaczona dla twego umysłu. Gdy zdołasz ją posiąść - znajdziesz się na drodze bez wyjścia. Na drodze do Hobb's End. Prosto w paszczę szaleństwa." - Sutter Kane
Nigdy nie uważałem że ilość hektolitrów przelanej na ekranie krwi, jest w stanie świadczyć o klasie horroru. Wręcz przeciwnie: według mnie, jest to "tani" sposób na straszenie widza. Dlatego też nie jestem i z pewnością nie będę fanem "slasherów" typu "Piątek 13-tego" lub "Halloween" - czyż kolejne części tych i podobnych im filmów nie są przewidywalne i przez to nudne? Do mnie, jako widza (i fana horrorów) przemawiają nie tylko wizualia ,które nie muszą być dosadne i oczywiste, lecz również odpowiednia muzyka tworząca klimat, no i w końcu scenariusz, który przez swoją konstrukcję, niedopowiedzenia, otwartość, pomysł - zmusza umysł do zadawania pytań. "W paszczy szaleństwa" Johna Carpentera, posiada te cechy: historia, którą nam opowiada przykuwa do fotela - od samego początku filmu, do jego napisów końcowych. I co najważniejsze- straszy jak diabli.
John Trent (w tej roli Sam Neil), detektyw wynajęty przez firmę ubezpieczeniową, otrzymuje zlecenia odszukania Suttera Cane'a ("mroczny" Jürgen Prochnow), popularnego autora horrorów. Pisarz przesyła do wydawnictwa pierwsze rozdziały swojej nowej powieści i słuch po nim ginie. Problem w tym, że wydawnictwo pomimo tego że nie jest w posiadaniu skończonego maszynopisu książki, a na fali popularności autora , z miejsca sprzedaje prawa do przekładu i ekranizacji. Terminy gonią. Trent, z powodu braku punktu zaczepienia początku swojego śledztwa - gdyż tak naprawdę okazuje się że nikt z wydawnictwa nigdy Suttera Cane'a nie widział i nie wie gdzie się znajduje - zagłębia się w lekturę jego książek. Początkowo, sceptycznie nastawiony, ze zdziwieniem odkrywa że książki zawierają wskazówki dotyczące miejsca pobytu autora. Kierują go do Hobb's End - małego miasteczka w Nowej Anglii, a jego położenia dowiaduje się z mapy którą ukrywają okładki książek Cane'a. Niezwłocznie postanawia tam wyruszyć, towarzyszy mu wysłanniczka wydawnictwa, Linda Styles.
John Carpenter, po raz kolejny konsekwentnie, realizuje na ekranie swoją wizję. Nie bacząc na słowa krytyków i na zmieniające się z czasem trendy w horrorze tworzy w 1995 roku "W paszczy szaleństwa". I mimo niektórych archaizmów, niedoróbek lub błędów w doborze aktorów (o których jeszcze wspomnę) - film trzyma widza w ciągłym napięciu, które nie opuszcza go aż do napisów końcowych. Praktycznie od samego początku bohaterowie filmu balansują na krawędzi jawy i snu - w końcu sami tracą orientację i poczucie rzeczywistości.
|
Towarzyszą temu środki wizualne, które na prawdę potrafią przestraszyć: przemieniona w potwora staruszka w hotelu Hobb's End, powykręcane, połamane ludzkie ciała-mimo logiki żyjące, oraz (moje ulubione) moment mijania rowerzysty na autostradzie - to tylko niektóre z momentów filmu podczas których można doznać uczucia strachu. Dużo w produkcji Carpentera, również zapożyczeń z mitologii Cthulhu, H.P. Lovecrafta: zapomniane dla świata i początkowo opustoszałe miasteczko Hobbs End, potwory wprost z morskich głębin, oślizgłe, z mackami zamiast kończyn, oraz motyw powrotu do ludzkiego świata "przedwiecznych" - pradawnych bogów którzy niegdyś panowali na ziemi - to tylko niektóre elementy, twórczości "samotnika z Providance" (bo takim przydomkiem H.P. Lovecraft był nazywany), które użyte w filmie, świetnie tworzą jego głębię- co mi osobiście bardzo przypadło do gustu.
Przede wszystkim, od strony wizualnej, "W paszczy szaleństwa", prezentuje się archaicznie, ale poprawnie. I tylko poprawnie, jeśli uwzględnić rok wydania filmu - 1995. Były to czasy w których w filmach zaczynała dominować z powodzeniem technika komputerowa ("Terminator 2" - 91r. czy choćby "Kosiarz umysłów" z 92ego roku) , więc techniki użyte do efektów specjalnych w filmie są nieco przestarzałe, co widać. Oczywiście nie umniejsza to faktu, że praktycznie to nie przeszkadza i film ogląda się świetnie.
Obsadzenie aktorów do poszczególnych ról zostało dokonane "prawie" dobrze: początkowo pewny siebie i wręcz pyszałkowaty Sam Neil, Jürgen Prochnow w roli "złego" Suttera Cane'a, czy epizodyczni (lecz świetni): wyniosły i poważny Charlton Heston, Frances Bay w roli pani Pickmann - właścicielki hotelu skrywającej swoją mroczną tajemnicę - wszyscy Ci (wymieniłem wg mnie najważniejszych) aktorzy udanie wcielają w grane przez siebie postacie. To "prawie", o którym wspomniałem na początku akapitu, to niestety Julie Carmen - zupełnie nie pasująca do roli Lindy Styles, towarzyszki podróży Johna Trenta. Słabo w jej wykonaniu wypadają sceny, w których wymagane jej ukazanie widzowi emocji jakie towarzyszą w danej chwili bohaterowi (np. podczas wyglądania Lindy przez okno samochodu), a momenty filmu w których Linda popada w obłęd, są wg mnie całkowicie nieudane.
Dziwne, lecz "W paszczy szaleństwa" Johna Carpentera, nigdy nie odniósł spektakularnego sukcesu - wręcz przeciwnie: w momencie premiery został niemal całkowicie zniszczony przez krytykę. Oczywiście, że posiada wady - wymieniłem je powyżej. Ale co z tego? W moim osobistym odczuciu, "W paszczy szaleństwa" plasuje się w czołówce kina grozy i spełnia jego podstawowe założenia: straszyć, trzymać w napięciu i nie spać przez to w nocy:)! Po prostu kanon kina grozy.
Ocena: 8/10
Klapex
|